RSS
środa, 18 października 2006
The end... (Happy end)

Najdrozsi

To już koniec, moi kochani, najwytrwalsi, którzy jeszcze tu zaglądacie. Koniec z pisaniem bloga. Straciłam do tego serce chyba, bo przecież kawałek czasu zawsze by sie znalazł... Może tak już ze mną jest, że nie umiem pisać, gdy jestem szczęśliwa... Pierwszy wpis, który zaczynał moją przygodę z blogowaniem 21 maja 2004 roku brzmiał we fragmencie: "Ilekroć udaje mi się porozmawiać z kimś, kto pisze, zawsze słyszę to samo. Mianowicie sztuka lepiej wychodzi ludziom nieszczęśliwym. Nie nieszczęśliwym wogóle, ale w jakiejś chwili: samotnym, smutnym, opuszczonym czy zranionym. Może coś w tym jest? (...) Bo gdy człowiekowi jakoś niezbyt dobrze, szuka czegoś, co mu pomoże nie pogrążyć się w najczarniejszych zakątkach ludzkiej dziwnej natury i gdy nie ma do kogo mówić pisze, gdy nie ma kto go zrozumieć maluje, tworzy, tańczy, wyrzuca swoje emocje na zewnątrz i każdy taki moment zbliża go do katharsis." Tak wtedy pisałam...

Teraz jest inaczej, wszystko. Moje życie jest inne... Staram się by było dobre.

Pod tym moim pierwszym wpisem dwa i pół roku temu, na innym niż ten blogu pojawił się pierwszy komentarz. Zbit napisał mi wtedy:

"Chcemy być czytani" (J. Putrament)
A smutek pomaga myśleć. A przynajmniej dumać (rozmyślać)."
I tak sie zaczęła moja wielka blogowa Przyjaźń. Później było ich więcej, ale ta jest szczególna, bowiem, ten Człowiek zawsze był obok mnie (na blogu), wzruszający, troskliwy, serdeczny i dobry. Ten ostatni wpis, to myślę, czas by mu podziękować za to, że jest. Dziękuję, Zbit.
I dziękuję Wam, moi kochani, wszystkim, którzy tu zaglądacie ze zwykłego sentymentu do mnie, z ciekawości, czy z innych pobudek, zuepłnie mi nieznanych :) Dziękuję, że byliście, że Was traciłam, odzyskiwałam, przeżywałam Wasze kawałki żyć, które przekazujecie na swoich stronach blogów. Życzę Wam w życiu wszystkiego, co najlepsze, najpiękniejsze.
Ponieważ to ostatni wpis, pewnie ten blog poistnieje sobie jakiś czas a potem zniknie, jak to bywa z milionami innych stron www. Nie jestem w stanie zlikwidować go sama, nie zabijam kawałków swej duszy, pozwalam im umrzeć po prostu. Może dla kogoś to to samo, dla mnie nie.
Aż mi się smutno zrobiło, jak to piszę :) No tak, nigdy nie lubiłam rozstań po prostu. Ale ja kiedyś wrócę. Nie wiem, czy to groźba, czy obietnica, ale wrócę na pewno. Nie do tego bloga, może nie jako ta sama osoba, którą jestem dzisiaj. A o Was nie zapomnę, będę klikać w te linki jak długo bedą istnieć, a gdy przestaną, sięgnę po coś, co nie zniknie nigdy... Pamięć o Was.
 Dziękuję kochani.
Szczęśliwego, dobrego życia.:)
Wasza Klawdia alias Szkarlatna.
22:46, szkarlatna
Link Komentarze (17) »
wtorek, 15 sierpnia 2006
morze, refleksje i takie tam

Wczoraj wróciłyśmy. Trochę się obawiałam tego wyjazdu, ze względu na wózek, który sie nie składa. Mile zaskoczyli mnie napotykani po drodze ludzie. Sami wychodzili z inicjatywą, by pomóc mi go wnosić po wszelkich shodach, jakie stały nam na drodze. W związku z tym i pociągi i autobusy i stacje nie były problemem, którego się troche bałam. Codziennie byłyśmy z Julką nad morzem. Pojechałyśmy na jarmark dominikański, byłyśmy nawet obie w studio tatuażu i piercingu, bo mamusia Julki zrobiła sobie kolczyka w nosie. Maleńka błękitna cyrkonia, taka, jaką chciałam mieć. Pełen profesjonalizm, nawet specjalnie nie bolało. Cieszę się z nabytku, a jak mi się znudzi, po prostu wyjmę kolczyk. Podobno dziurka zarasta natychmiast.

Wieczory spędzałam z Alinką, na długich rozmowach, zakupach (ach, te wyprzedaże), drinkowaniu i spacerach nad morzem. Jednego dnia najpierw straciłyśmy wszystkie siły na zakupach a potem biegłyśmy nad morze, bo przecież zaplanowałyśmy być na szantach. Zmachane z wózkiem dotarłyśmy do celu a tam... O rozpaczy... Jakiś bardzo smutny facet wył do mikrofonu i zaczęłyśmy się zastanawiać, czy nie trafiłyśmy przypadkiem na festiwal muzyki religijnej... Uśmiałyśmy się do łez, na dodatek stałam pół godziny w kolejce za browarem i jak dotarłam do celu wziełam od razu po dwa, żeby za chwilę nie stać znowu. Po wypiciu jednego piwa obie stwierdziłyśmy, że nie mamy już siły słuchać tych smętów a całe drugie szkoda zostawić... Więc Alinka pięknie spakowała obydwa piwa do reklamówki i wyniosła je pod czujnym okiem ochroniarzy. Nie dlatego, że nam szklanek zabrakło w domu, w ramach akcji protestacyjnej po prostu. W końcu Alina ma bar, biuro turystyczne i agencję banku, więc szklanek naprawdę nie potrzebuje :)

Poświęciłam sporo czasu na wspomnienia i myślenie. Rok temu też byłam u Alinki, wtedy w ciąży. Nie wiedziałam co dalej, stałam na rozdrożu życiowym. Teraz też tęskniłam za Grześkiem, ale jak diametralnie zmieniło się moje życie. Czuję się spełniona, kochana i szczęśliwa. Poczucie szczęścia było mi dotychczas obce i jak się okazuje, nie z powodu mojego upodobania do nieszczęśliwości, a dlatego, że naprawdę brakowało mi czynników powodujących radość. Moje wybory były złe. Gubiłam się w życiu, bałam się, że po prostu za wiele wymagam od życia. Teraz jest inaczej. Nie ma wokół mnie toksycznych ludzi, mam cudowną kochaną rodzinę, wybieram znajomych, którzy akceptują mnie taką jaka jestem. Nie znaczy, że mnie głaszczą, ale wiem, że nie są zawistni, nie chcą dla mnie źle, są życzliwi. Potrafią przyznawać się do błędów, wyciągać wnioski, czasem być obok, zamiast obrażać się, że nie słucham ich rad. Najważniejsze, że mówią mi prawdę w oczy, nie poza nimi. Głupio dowiadywać się od obcych, że ktoś, kogo uważasz za przyjaciela, mówił o Tobie rzeczy, których Tobie nigdy nie powiedział. Ale to za mną. Teraz jest inaczej. Niewielu mam wokół siebie prawdziwcyh ludzi, czasem z własnego wyboru, czasem wbrew własnej woli, ale na dobre mi to wyszło. Mam czas, do mojego pociągu wejdzie jeszcze sporo pasażerów. Pewnie sporo też wysiądzie, w końcu podróżuje się w różne strony. Mam nadzieję, że kilku z nich dotrwa ze mną do końca mojej drogi i święcie w to wierzę.

Największym moim szczęściem jest spełnienie w miłości. A może już za dwa miesiące wyprowadzimy się do własnego siedliska. Ale narazie o tym sza... Lepiej nie zapeszać za bardzo :)

13:26, szkarlatna
Link Komentarze (6) »
wtorek, 08 sierpnia 2006
Jadę nad morze

Czas zasuwa jak nie wiem co, juz drugi raz Grzesiek wyjechał, ten tydzień, który był, zleciał nie wiem kiedy. Za dwa tygodnie znów go zobaczę i właściwie czas odmierzam od wyjazdu do przyjazdu. A jutro raniutko jadę z Julką nad morze na kilka dni, do Gdańska, do Ali. Cieszę się, zatęskniłam już za morzem...

00:25, szkarlatna
Link Komentarze (2) »
środa, 19 lipca 2006
pierdolona służba zdrowia :)

Powoli mija mi wkurwienie, może to i dobrze, bo strasznie duzo wulgaryzmów by się w tym wpisie znalazło...
U Julki jakiś miesiąc temu rozpoznano wzmożone napięcie nerwowe spowodowane zaburzeniami ośrodkowego układu nerwowego. Nie jest to specjalnie groźne, objawia się między innymi nieprawidłowym kurczeniem nóg, prężeniem ciała, wyginaniem go, mocnym zaciskaniem dłoni, kształtowaniem nieprawidłowych wzorców ruchowych, które utrudniają lub uniemożliwiają prawidłowy rozwój ruchowy. Konieczne było natychmiastowe podjęcie ćwiczeń wpływających na pojawianie się reakcji stymulujących ośrodkowy układ nerwowy oraz uaktywniających ośrodki nerwowe, które mają powodować powstawanie nowych synapsów i stopniowe odtwarzanie się na nowo drogi nerwowej, która była wcześniej uszkodzona na skutek uszkodzenia mózgu. To tak w skrócie.
Zatem od miesiąca dzień w dzień, cztery razy dziennie rehabilituję ją.  Terapeuta spotyka się ze mną i dzieckiem raz w miesiącu, by ocenić możliwości motoryczne i poinstruować w dalszej metodzie ćwiczeń, więc każde spotkanie z rehabilitantem w Olsztynie w Wojewódzkiej Poradni Rehabilitacyjnej, to kolejne ustalenia etapów działań terapeutycznych, które mam wykonywać jako opiekun dziecka sama w domu, regularnie kilka razy dziennie.
Przy ćwiczeniach metodą Vojty główna część rehabilitacji spada na rodziców. Wymaga zaangażowania, regularności i dyscypliny rodzica nie wspominając już o fakcie, że takie wykonywanie rehabilitacji jest trudnym momentem do zaakceptowania przez rodzica ponieważ dziecko mobilizowane jest do bardzo dużego wysiłku fizycznego w mało komfortowej dla niego pozycji wyjściowej co niemal zawsze objawia się głośnym płaczem, czy krzykiem.

Tylko długotrwała, codzienna rehabilitacja powoduje, że dziecko rokuje szansę poprawy pod względem motorycznym, sensorycznym i wegetatywnym. Jest to jednak proces żmudny i długotrwały, wymaga wielu miesięcy ćwiczeń z dzieckiem, wyjazdów na konsultacje ze specjalistami, całodziennej kontroli ruchowej dziecka i eliminowaniu wzorców patologicznych podczas wykonywania przez dziecko codziennych czynności, takich jak siadanie, przewracanie się na brzuszek, czy chwytanie przedmiotów.
Jeżeli dziecko nie wymagałoby mojej pomocy, nie wykonywałabym rehabilitacji, nie uczestniczyłabym na co dzień w procesie leczenia miałoby to opłakane skutki zdrowotne w przyszłości, szczególnie w rozwoju ruchowym, który codzienną pracą stymuluję.

Poszłam na komisję lekarską, by dostać dodatek rehabilitacyjny w kwocie całe 140 zł (nasze Państwo nas rozpieszcza).

I oto, kochani, decyzja Pani doktor z mojej prowincjonalnej mieściny, z komisji lekarskiej, dnia dzisiejszego:


"STWIERDZAM IŻ STAN ZDROWIA DZIECKA I SPRAWNOŚĆ FIZYCZNA ORGANIZMU NIE POWODUJĄ KONIECZNOŚCI STAŁEGO WSPÓŁUDZIAŁU NA CODZIEŃ OPIEKUNA DZIECKA W PROCESIE LECZENIA I REHABILITACJI".

Od dziś zatem, zdaniem Pani doktor, moja siedmiomiesięczna córka może się rehabilitować sama. A ja w tym czasie zrobię sobie przerwę na kawę...
 

14:50, szkarlatna
Link Komentarze (17) »
czwartek, 29 czerwca 2006
pociąg pojechał i rozłączył nasze dłonie

No i zostałyśmy z Julką same. Narazie na miesiąc. Z jednej strony przeklinam rzeczywistość, która nie daje możliwości godnie żyć we własnym kraju, z drugiej dziękuję szczęściu, że się uśmiechnęło i że Grzesiek znalazł pracę za granicą.

Tylko jak ja sobie poradzę z tą cholerną tęsknotą...

07:20, szkarlatna
Link Komentarze (15) »
niedziela, 25 czerwca 2006
tatko nie wraca ranki wieczory

Upał  wygnał mnie z łóżka... Za długo zresztą spałam w dzień żeby teraz móc zasnąć. Na dodatek zepsuł nam się pilot. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, że to cholernie ważny przedmiot w domu. Bez niego nie da się wyłapać żadnego sensownego programu z ciągu bloczków reklamowych długości brazylijskiego tasiemca...

Obejrzałam "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" i podwójnie pomyślałam o ojcu. Przez wątek z Chrystusem i przez wątek z ojcem... Nawet nie chodzi o alkohol, choć i ten wątek się kiedyś przecież w naszym życiu przewijał... Ale o tu i teraz. Ojca widuję raz na kilka miesięcy a i to można nazwać teraz często. Najdłuższa przerwa trwała parę lat. Zdziwaczał na starość i poczuł się niestety natchniony. Przez nikogo innego jak tylko samego Boga. Patrzyłam na niego podczas pierwszej w jego życiu wizyty u mnie "na własnym" i przez głowę przelatywały mi miliony myśli. Czułam się jak wtedy, gdy po raz pierwszy w życiu spaliłam się zielskiem - on mowił, ja wiedziałam, że mówi, widziałam, jak porusza ustami, ale nic nie słyszałam. Zastanawiałam się, kiedy zdałam sobie sprawę, że już go nie kocham. Kiedy przestałam go kochać i czy był to proces wieloetapowy czy stało sie to nagle. No i nie wiem. Wychwytywałam więc jakieś urywki zdań, z których jasno wynikało, że Duch spłynął na mego ojca wskutek długotrwałych modlitw i dzięki temu jego interpretacja Pisma choć nowatorska jest prawdziwa. Zapamiętałam jedynie z tego wywodu, że zamiast Jezusa na krzyżu zmarł Judasz, bowiem podczas znamiennej nocy w ogrodzie Getsemane schwytano nagiego człowieka okrytego tylko prześcieradłem, co według mojego ojca oznacza Jezusa, który przemienił się w cudowny sposób podczas schwytywania go przez rzymskich żołnierzy. Zamiast niego pojmano zdrajcę, którego następnie ukrzyżowano. Trochę mi się to nie zgadza z chronologią, którą znam, bo kto wobec tego poszedł oddać Żydom srebrniki, za które zakupiono ziemię pod cmentarz? Czy zatem Judasz występował w dwóch postaciach? Po dwakroć zmartwychwstał? Nie przekonało mnie to natchnienie mojego rodziciela i poinformowałam go o tym. Chyba się rozczarował, bo on wpadł na pomysł, że mi to wyłuszczy a ja o tym napiszę książkę... No i kolejny złoty interes przeszedł mi koło nosa...

Ponadto mój tatuś okazał żal z powodu mojego rozwodu, oraz ubolewał nad tym, że nie ułożyłam sobie życia, choć przekonywałam, że szczęśliwa jestem. Najgorzej jednak chyba przekonać podwójnego rozwodnika z piątką dzieci niekoniecznie z prawego łoża...

Nie wiem skąd ta uszczypliwość. Przedtem miałam żal. Wcześniej go broniłam, choć nie było przed kim, bo nikt go nie atakował. Podziwiam tylko mamę, ze potrafi. Zaprosić go na obiad, usiąść z nim do stołu. Babcię też podziwiam, patrzyłam na jej siwą głowę przy jego siwej głowie i wspomniałam, jak przed dwudziestoma laty ciągnął ją za włosy przez pół przedpokoju. Ale to inna historia... Nie na tutaj... Nie na gdziekolwiek.

Cholera, sparzyłam się papierosem.

Idę poczytać Wasze blogi.

23:09, szkarlatna
Link Komentarze (5) »
środa, 14 czerwca 2006

Trafia mnie mały szlag. A właściwie wcale nie taki mały. Siedzę sobie na balkonie i użalam się nad sobą. Porządnie, tkliwie, łzawo. Ronię rzęsiście łzy i roztaczam w głowie wizje niepewnej przyszłosci, patrząc w dół i uważając by żadna z łez moich ogromnych nie trafiła w parasol sąsiadki pode mną(tej zmory), która wypoczywa na tarasie w godzinach popołudniowych. Dopadł mnie dół, bo mi wyobraźnia podpowiada straszne sceny dotyczące jutra (bo dalej nie śmiem patrzeć). Mamusia wymyśliła, że powinnam sobie zrobić doktorat korzystając z dwóch lat urlopu wychowawczego. A ja... liczę pieniądze na życie i coś mi się wydaje, że na jakieś roboty bedę musiała raczej się udać niż na doktorat. Mamy sto złotych zaliczki. Może wypłata będzie w tym miesiącu na czas, nie po miesiacu? Nie wiadomo... Faceta od czynszu juz nie mam ochoty oglądać bo mi się wrzody na żołądku robią, od samego pukania do drzwi... nawet jeśli to tylko facet z ulotkami, albo z jajkami ze wsi.

O właśnie! Ostatnio zrobiłam interes życia i to najlepiej pokazuje, że ja raczej interesów robić nie powinnam... Facet z jajkami przyszedł, mówi, że dobre, ze ze wsi, że na czymś tam naturalnym... I kupiłam, trzydzieści jajek za dwadzieścia złotych. A tu mi mama mówi, że ona za te pieniądze ma dwa razy tyle jajek i to też ze wsi, dobrych, zdrowych dużych... Słowem, jestem jakieś 30 jaj do tyłu. Święta naiwności...

Ale z drugiej strony, jak nie byc naiwną, skoro cały naród w tym przoduje, na przykład wierzymy, że mamy szansę wygrać mecz z Niemcami :) Tymczasem juz wiara w 0:0 graniczy z głupotą...

Z bardziej optymistycznych akcentów w tej dekadzie na pierwszy plan wysuwa się ten, że moja ulubiona felietonistka, Agata Passent założyła bloga! Zalinkowałam ją w linku passentowanie, zajrzyjcie jak pisze, jest wspaniała :)

  

21:13, szkarlatna
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 29 maja 2006

Tak długo nie pisałam, że pewnie nikt tu już nie zagląda... Ale najpierw były te przeklęte prezentacje maturalne tylko dla orłów języka polskiego, więc komputer służył mi tylko do ich pisania, a jak sie skończyły chwilę odpoczywałam. Teraz mam znowu kupę zmartwień, bo Grzesiek leży w szpitalu i troche za dużo mam obowiązków. Czasami zaglądam na blogi, ale zaraz albo mała chce jeść, albo muszę zrobić jakiś obiad i lecieć do szpitala, żeby Grzesiek nie umarł śmiercią głodową, albo padam ze zmęczenia. Dzisiaj też już od rana potwornie boli mnie głowa. A zaraz muszę lecieć do mojego chorego, tylko skończę gotować zupkę dla małej. Słowem, gospodyni domowa i matka Polka ze mnie pełną gębą... Jeśli tu zaglądacie, dajcie jakiś znak, zrobi mi się strasznie miło. A ja niebawem wszystko po kolei opiszę, bo sporo się wydarzyło ostatnio, tylko czasu brak, by o tym napisać.

13:19, szkarlatna
Link Komentarze (12) »
piątek, 07 kwietnia 2006

Przypomniał mi się przed chwilą film dokumentalny o kobiecie, która wyszła z więzienia i chciała zacząć nowe życie. Próbowała znaleźć pracę. Generalnie film był jej historią, mnie jednak najbardziej zapadła w pamięć inna scena. Kobieta ta szukała znajomości na ławkach w parku, wśród pijących tanie wino facetów. O taką znajomosć nietrudno, szybko więc znalazla sie na kolanach jednego z nich i razem pijąc rozmawiali. Facet siedział z kolegą. Czując się lepiej od tamtego co chwila powtarzał do niej: "Ech, mojaś Ty" i do kolegi, który próbował z nimi rozmawiać: "zamknij się". Tamten nie zwracając na niego uwagi coś mówił. Kamera pokazała jego twarz i nagle bełkot tamtej dwójki zamilkł i słychać było tylko to, co mówił obcy mężczyzna. Z butelką w dłoni, zapatrzony w jakiś martwy punkt: "Wyszedłem z więzienia i znalazłem nowe życie. Miałem pracę, piękną żonę i piękną córkę. Żona zmarła na raka, córka zginęła w wypadku samochodowym. I co mi zostało? Chyba tylko te drzewa..."

Pomyślałam sobie ilu ludzi mija się po drodze myśląc, że są gorsi od nas. Bo żyją inaczej, nie w zalecanym standardzie. Pomyślałam, ile tragedii mieści się czasami w jednym parku, w którym na kilku ławkach siedzą zwykli menele, których obchodzi się jak najszybciej, spuszczając wzrok...   

07:48, szkarlatna
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 03 kwietnia 2006

To całkiem ładna grzechotka, uważa moja córka :)

12:33, szkarlatna
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5